Wybierz się ze mną na spacer nad Mekongiem. Chiang Saen ma swoją promenadę – może nie jest ona zbyt piękna, ale ma w sobie coś magnetycznego. Chodziliśmy nią codziennie, bo nasz pensjonat znajdował się na samym jej początku (lub końcu, zależnie od perspektywy).
Spis treści:
Poranek w rytmie rzeki
Zaraz po wyjściu z pensjonatu, po drugiej stronie ulicy, mija się samoobsługową stację benzynową. To w zasadzie tylko dwa dystrybutory, przeznaczone chyba wyłącznie dla skuterów – nigdy nie widziałam, by tankował tam samochód. Prawdziwa stacja jest kawałek dalej i to właśnie przy niej zaczyna się nadrzeczny bulwar.
Spacerować można na dwa sposoby: chodnikiem przy samej ulicy lub bulwarem usytuowanym nieco niżej. Całość zacieniają drzewa, a gdzieniegdzie wzrok przyciągają intensywne barwy kwitnących krzewów. Patrząc przed siebie, widzisz nie tylko wodę – przeciwległy brzeg to już zupełnie inny świat, to Laos.
Rano i w południe panuje tu niemal całkowity spokój. Brzeg rzeki, choć umocniony surowymi kamieniami, ma w sobie pewną melancholię. Co kawałek w stronę mętnej wody prowadzą betonowe schody. Przy niektórych cumują łodzie. Jedna z nich, z niebieskim dachem, z daleka wyglądała całkiem nieźle, ale z bliska okazała się w dość kiepskim stanie, jakby dawno nie używana.
Na kolejnych schodach spotykamy kurzą rodzinkę, która niewiele robi sobie z potęgi Mekongu płynącego tuż obok. A tak w ogóle kury są tu inne niż u nas – są szczupłe i smukłe.
Życie na granicy wody i lądu
Mekong nigdy nie śpi. Raz po raz przepływają nim większe i mniejsze łodzie. Niektóre przecinają rzekę płynąc w stronę laotańskiego brzegu, inne znikają powoli za zakolem, niosąc towary w nieznane.
Bliżej centrum mijamy zadaszenia oraz drewniane wiaty z ławkami. To idealne punkty obserwacyjne – można w nich schronić się przed palącym słońcem lub nagłym deszczem i po prostu patrzeć: na rzekę albo na leniwy ruch uliczny. Dla niektórych to również dobre miejsce na popołudniową drzemkę. Tajowie opanowali sztukę relaksu w każdych warunkach.
W samym sercu miasteczka bulwar rozszerza się w niewielki plac. Pewnego dnia stanęły na nim kolorowe karuzele. W słońcu wyglądały na nieco opuszczone, ale wieczorem ożywały śmiechem dzieci. Tak szybko, jak się pojawiły, tak szybko zniknęły – po dwóch dniach nie było po nich śladu.
W centrum znajduje się bardzo szerokie zejście do rzeki. To miejsce gdzie tragarze w pocie czoła noszą paczki do łodzi – wiele razy w górę i w dół.
Kawałek dalej napotykamy plac zabaw i siłownię “pod chmurką”. Plac zabaw bez ogrodzenia, tuż przy samej jezdni! – u nas byłoby to nie do pomyślenia. Co prawda dzieci tam nie widziałam, ale zjeżdżalnia skierowana prosto na ulicę to kiepski pomysł.
W pobliżu zauważam kolejną drewnianą wiatę. Ta tymczasowo pełni inną funkcję: na ławkach suszą się talerze i sztućce z pobliskiego baru.
Wieczorny spektakl smaków
Prawdziwe życie w Chiang Saen zaczyna się jednak dopiero, gdy upał nieco odpuszcza. Około godziny 15:00 na drogę wjeżdżają kuchnie uliczne. Właściciele niespiesznie wypakowują produkty i rozpalają grille. W powietrzu zaczyna unosić się zapach pieczonych ryb, mięs i przypraw. Zupy przyjeżdżają już ugotowane a ich ciepło utrzymuje płomień z butli gazowej.
To rodzinne biznesy. Podczas gdy jedni pilnują potraw, inni rozwieszają girlandy świetlne, które po zmroku nadadzą temu miejscu magiczny klimat. Na chodniku lądują kolorowe dywany, niskie stoliczki i płaskie poduszki. Mobilne restauracje są gotowe na przyjęcie gości tuż przed spektaklem zachodzącego słońca.
Mała uwaga: Słońce w Chiang Saen nie zachodzi nad samą rzeką, lecz po drugiej stronie ulicy, za budynkami. Mimo to niebo nad Mekongiem przybiera wtedy różowo-pomarańczowe barwy, które odbijają się w tafli wody.
O 18:00 jest już ciemno. Bulwar wypełnia się gwarem rozmów i brzękiem naczyń. To najpiękniejszy czas – czas, gdy zapomina się o trudach podróży.
Oddalamy się powoli od tych romantycznych, polowych restauracji, spoglądając na mieniące się niebo i przepływające w zachodzącym słońcu łodzie. Jeszcze chwila i Mekong pomału pójdzie spać.
Co dalej?
Samo Chiang Saen ma interesujące zabytki, choć niewielu turystów tu dociera. W jego okolicy też można zobaczyć trochę ciekawych miejsc jak np. jezioro czy świetny punkt widokowy. Natomiast całą podróż po północnej Tajlandii zebrałam we wpisie: Tajlandia północna, kilka dni w Bangkoku i informacje praktyczne.
Inne miejsca które odwiedziłam zobacz na mapie.




























