Kanchanaburi to miejsce, w którym historia spotyka się z naturą, oferując wytchnienie od tempa tajskiej metropolii. Z Bangkoku wyjeżdżamy na dwa dni, korzystając z wycieczki wykupionej w biurze podróży. Walizki zostają w hotelowej przechowalni – zabieramy tylko lekkie plecaki.
Spis treści:
Kanchanaburi: historia i most na rzece Kwai
Miejsce znane jest głównie z linii kolejowej zbudowanej w czasie II wojny światowej, a rozsławione przez film „Most na rzece Kwai”. Spacerując po słynnym moście, trudno nie ulec zadumie nad losem tysięcy jeńców, których tragiczna praca upamiętniona jest w pobliskim muzeum.
Tuż obok, w ciszy i pełnym szacunku spokoju, leży cmentarz wojenny – starannie zadbane miejsce, które przypomina o ogromnej cenie, jaką zapłacono za powstanie „Kolei Śmierci”. To spotkanie z historią jest poruszające, ale jednocześnie pozwala docenić dzisiejszy spokój tego regionu.

Rejs tratwą, dżungla i widoki z okien pociągu
Pora na kolejny punkt programu. Muszę przyznać, że tutejsza logistyka jest zorganizowana po mistrzowsku. Choć wielokrotnie zmienialiśmy busy i współpasażerów, bo każdy miał nieco inny plan wycieczki, wszystko działało jak w zegarku. Naszą bazą stała się urokliwa restauracja na rzece – to właśnie w niej, z widokiem na wodę, jedliśmy większość posiłków.

Po obiedzie przyszedł czas na spokojny rejs tratwą, a zaraz potem ruszyliśmy obejrzeć wodospad. Co ciekawe, na tę wyprawę zostaliśmy już tylko we dwoje, bo resztę grupy wysadzono przy innych atrakcjach.
Widoki były zachwycające – mnóstwo wody, zalane ścieżki i ta niesamowita, egzotyczna roślinność. To był mój pierwszy raz w prawdziwej dżungli i muszę przyznać, że zapach i wilgotność lasu tropikalnego robią ogromne wrażenie.




Kiedy jednak wyszliśmy na parking, poczuliśmy lekką konsternację. Stało tam ze dwadzieścia niemal identycznych, białych busów. Który był nasz? Na szczęście, zanim zdążyliśmy się na dobre pogubić, jeden z kierowców zaczął do nas machać. Odetchnęliśmy z ulgą – jednak nas nie zgubią!
Dzień zwieńczyła podróż pociągiem, podczas której mogliśmy podziwiać takie oto widoki przesuwające się leniwie za oknem.


Nocleg na rzece Kwai
Dzień powoli ma się ku końcowi. Zasiadamy do kolacji na rzece, a wokół nas robi się niezwykle klimatycznie. Po posiłku czeka nas kolejna atrakcja – wsiadamy do łodzi i płyniemy około 20 minut do naszego domku na wodzie. To piękna chwila: zachodzące słońce, ściana dżungli i… warkot silnika, który zagłuszał naturę. Na prawdziwe odgłosy dżungli musiałam poczekać, aż dotrzemy na miejsce.

Nasz „hotel” to kilka pokoi z łazienkami. Brzmi nieźle, prawda? Rzeczywistość okazała się bardziej surowa. Łazienka była wyzwaniem, jakiego wcześniej nie znałam. Jedna żarówka na drucie, przy której prawie nic nie było widać (może i lepiej), ściany z blachy falistej, toaleta z odpływem prosto do rzeki i orzeźwiający, zimny prysznic. Klimatyzacji nie włączałam – nocny chłód rzeki był wystarczający.

Poranek przyniósł kolejną niespodziankę: brak prądu. Musiałam szeroko otworzyć drzwi, żeby cokolwiek widzieć i móc się spakować. Ale kiedy wyszliśmy na śniadanie, wszystko przestało mieć znaczenie.
Jedliśmy przy wschodzącym słońcu, otoczeni koncertem budzącej się dżungli. Było po prostu pięknie. Choć nocleg był bardzo skromny, to właśnie on najbardziej zapadł mi w pamięci z całej wyprawy do Tajlandii. Teraz, pełni wrażeń, idziemy w stronę drogi, gdzie czeka na nas bus.


Park Narodowy Erawan
Głównym punktem dzisiejszego dnia są słynne wodospady w Parku Narodowym Erawan. Kaskady te dzielą się na siedem poziomów. Te dolne są najlepiej zagospodarowane i to właśnie tam spotkaliśmy najwięcej turystów. Im wyżej się wspinaliśmy, tym mniej było ludzi, a ścieżka stawała się coraz bardziej stroma. Ostatecznie udało nam się dotrzeć do szóstego poziomu – na zdobycie ostatniego zabrakło nam już czasu.
Tego dnia niebo było pochmurne. Choć nie spadła ani kropla deszczu, gęsta roślinność dżungli sprawiała, że wokół było nieco ciemno i ponuro. Przyznam szczerze, że bardzo brakowało mi tu słońca. Zdjęcia, które wcześniej podziwiałam w internecie, były pełne blasku, a w pochmurny dzień wodospady prezentują się zupełnie inaczej. Ale i tak było cudownie.





To był nasz ostatni przystanek w tej okolicy. Zjedliśmy jeszcze obiad w “naszej” restauracji na rzece i ruszyliśmy w drogę powrotną do Bangkoku.
Gdzie dalej?
Wybierz się do Kambodży, by na własne oczy zobaczyć monumentalny i wspaniały kompleks świątyń Angkor Wat. W Tajlandii rusz dalej na północ, do urokliwej wioski Mae Kampong oraz na zielone plantacje herbaty. Jeśli jednak szukasz spokoju bliżej domu, polecam wizytę w Poleskim Parku Narodowym, gdzie wybierzesz się na niespieszny spacer kładkami wśród torfowisk.