Krabi to miejsce, gdzie wapienne skały pionowo wyrastają z turkusowej wody, tworząc jeden z najpiękniejszych krajobrazów na świecie. Przyjeżdża się tu, aby poczuć klimat rajskich wysepek, zagłębić się w lasy mangrowe i odpocząć od zgiełku wielkich metropolii.
Spis treści:
Ao Nang – nasza baza wypadowa
Lotnisko w Krabi, choć niewielkie w porównaniu do gigantów w Bangkoku czy Singapurze, przywitało nas bardzo sprawną obsługą. Taksówką ruszyliśmy prosto do Ao Nang, gdzie na kilka dni naszym domem stał się “Aonang Green Park Bungalow”.
To był bardzo dobry wybór. Mimo że ośrodek znajduje się w centrum miejscowości, ukryty jest w bocznej uliczce, co gwarantowało nam spokój i ciszę. Same domki są urządzone skromnie, ale posiadają wszystko, czego potrzeba do wygodnego wypoczynku. A właściciel był przemiłym człowiekiem.
Dni wypełniały nam niespieszne spacery i chłonięcie widoków, od których trudno oderwać wzrok.
Zielony labirynt: łodzią wśród lasów mangrowych
Aby popływać po rzece w otoczeniu dzikiej natury, musieliśmy najpierw dostać się do samego miasta Krabi. Dojechaliśmy tam pojazdem o nazwie songthaew. Tuż nad rzeką podszedł do nas właściciel łodzi z propozycją wycieczki. Po krótkich negocjacjach, stanęło na 700 batach za rejs.
Wpłynięcie w głąb namorzynów to jak przejście do innego świata. Las mangrowy to labirynt, gdzie drzewa zdają się unosić na wodzie dzięki swoim fantazyjnie poplątanym korzeniom. Panująca tu cisza, przerywana jedynie pluskiem wioseł. To niezwykły ekosystem, który chroni brzeg przed falami, a dla nas był miejscem niemal mistycznego spokoju.
Po drodze zatrzymaliśmy się na zwiedzanie jaskini.
Wysepki na Morzu Andamańskim
W pobliżu Ao Nang rozsiana jest grupa malutkich wysepek, które wyglądają jak okruchy rzucone na turkusową taflę wody. Nie pamiętam nazwy archipelagu ale dwie z nich nazywały się: Chicken Island, ze swoją charakterystyczną skałą przypominającą głowę kurczaka, oraz malownicza Tup Island.
To właśnie tam ruszyliśmy wynajętą łodzią. Widoki zapierały dech w piersiach – woda mieniła się wszystkimi odcieniami błękitu i szmaragdu. Trzeba jednak przyznać, że te popularne miejsca przyciągają sporo turystów, co nieco odbiera im intymności.
Na moją prośbę właściciel łodzi zatrzymał się przy maleńkiej, bezludnej plaży. W ciszy i przy szumie fal, nasz kapitan zaserwował nam soczystego, słodkiego ananasa. Jedzony w takich okolicznościach, smakował lepiej niż najbardziej wykwintny deser.
Co dalej?
Morze Andamańskie to tylko część piękna Tajlandii. Jeśli szukacie innych wrażeń, polecam historyczne Kanchanaburi lub interesujące Chiang Rai na północy. Wybierz się też do Angkor Wat w Kambodży oraz do pełnego kontrastów Makau.
Inne miejsca które odwiedziłam zobacz na mapie.