Jak wyglądały nasze rodzinne tradycje związane ze Świętami Bożego Narodzenia pół wieku temu, opowie Justyna i jej córka Monika. Przypomną tradycje związane ze świętami, naszego dziadka, który 6 grudnia stawał się Świętym Mikołajem oraz inne ciekawostki. To czasy kiedy Justyna i ja byłyśmy dziećmi, czyli lata 70-te.

Zapraszam 

 

Podróże po świecie są obecnie niedostępne, więc w zamian proponuję Wam świąteczną podróż w czasie – do lat siedemdziesiątych XX wieku – czasu szczęśliwego dzieciństwa mojego (Justyny), „Seniorki z plecakiem” czyli Marioli i jej brata.

Wtedy byliśmy najmłodszym pokoleniem w rodzinie.

Narratorką opowieści jest moja córka Monika, która pisała ze mną ten tekst na szkolny konkurs. Niestety, nie zachowały się żadne zdjęcia z naszych ówczesnych świąt. W zamian zamieszczam kilka zdjęć z czasów dzieciństwa mojej córki. Współczesne Święta Bożego Narodzenia mają o wiele bogatszą oprawę – ale to, co w nich najważniejsze – rodzinna miłość i tradycje – pozostaje niezmienne od pokoleń.

Oddajmy głos Monice

Prawie pół wieku temu, kiedy moja mama była małą dziewczynką Boże Narodzenie obchodziło się tylko w domu i w kościele. Nie było żadnych jasełek, ani kolęd w szkole, a tylko mała choinka. Dekoracje w sklepach były bardzo skromne.

Okres świąteczny rozpoczynał się 6 grudnia w dniu Świętego Mikołaja. Wtedy wszystkie dzieci oczekiwały niecierpliwie i niespokojnie przybycia tego starszego pana, który czasem wydawał się trochę groźny. Mama wraz z kuzynami wyglądali przez okna i pytali jak daleko jest Mikołaj. Prababcia odpowiadała, że jest już u sąsiadów i zaraz przyjdzie do nas.

W końcu przychodził z wielkim workiem podzwaniając dzwonkiem, pytał dzieci czy były grzeczne i rozdawał paczki z prezentami, ale aby dostać paczkę trzeba było powiedzieć wierszyk lub zaśpiewać piosenkę (a najlepiej kolędę).  Kuzyn mamy często dostawał najpierw rózgę, a dopiero jak obiecał poprawę zachowania, otrzymywał prezent. Potem Mikołaj szybko wychodził i nigdy nie udało się dzieciom zobaczyć jak wsiada do sań.

Pradziadek prawie zawsze się spóźniał i pojawiał się jak Mikołaj już poszedł !!!

Zawsze bardzo żałował, że nie spotkał Mikołaja i obiecywał, że w następnym roku na pewno się już nie spóźni! I rzeczywiście pewnego razu pradziadek też przywitał Świętego Mikołaja, jednak Mikołaj zdawał się być nieco inny niż zawsze. Mówił takim dziwnym, cienkim głosem. Kiedy już poszedł, kuzyn zapytał mamę: „ Czy ten Mikołaj nie mówił głosem pani Marysi (sąsiadki)?” I od tego czasu wiara dzieci w Świętego Mikołaja została mocno zachwiana.

Dzień lub dwa przed Wigilią odbywała się wyprawa po choinki. Dziadek Tadek z wujkiem i trójką dzieci wsiadali do Syrenki i jechali do leśniczówki po duże, świeże i aromatyczne świerki. Choinki jechały potem do domu na dachu auta przywiązane sznurkami. Następnego dnia dziadek ustawiał drzewko w pokoju i już pachniało świętami.

W wigilię mama z dziadkiem ubierali choinkę, a babcia i prababcia gotowały kolację wigilijną. Ale około południa zawsze trzeba było odwiedzić cmentarz i położyć świąteczne stroiki na grobach bliskich.

W naszym kraju i w mojej rodzinie najbardziej uroczysta, tradycyjna, co roku bardzo podobna, ale zawsze niezwykła jest kolacja wigilijna. W latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku w rodzinie mojej mamy zasiadała do niej cała trzypokoleniowa rodzina. Pradziadek i prababcia z dziećmi, ich małżonkami i wnukami. W sumie dziewięć osób. Oczywiście na stole obowiązkowo musiało być jedno wolne nakrycie, a pod obrusem pachnące siano.

Polska tradycja mówi, że przed kolacją wszyscy dzielą się opłatkiem i składają sobie życzenia. W rodzinie mamy było nieco inaczej. Najpierw jadło się wigilijne potrawy, a było ich sporo, choć niekoniecznie dwanaście. Kolacja zaczynała się od zupy grzybowej, potem była zupa fasolowa, makaron z kompotem śliwkowym, a na końcu oczywiście karp, ziemniaki i kapusta z grzybami.

Dopiero jak wszyscy pojedli, senior rodziny czyli pradziadek, wstawał, brał opłatek i zaczynał składać życzenia prababci. Był to niezwykły, magiczny, chyba najważniejszy w roku moment. Dla wszystkich pozostałych był to sygnał, że już można składać życzenia. Uwielbiam jeść opłatek i tak samo jak ja, opłatek uwielbiała moja mama, która wraz z kuzynami niecierpliwie czekała, kiedy w końcu będzie można go spróbować.

Po życzeniach i opłatku przychodził czas na herbatę i ciasto (drożdżowe i oczywiście makowiec, często też sernik). Kiedy wszyscy popróbowali ciast, pradziadek zaczynał śpiewać, a pozostali domownicy wtórowali. Rozpoczynał zawsze od „Wśród nocnej ciszy”. Ta kolęda, piękna i wzruszająca, jak czarodziejska baśń, przenosi moją mamę w świat beztroskiego dzieciństwa. Potem przychodziła kolej na inne stare, tradycyjne polskie kolędy. Moja mama zna i bardzo lubi wiele kolęd angielskich, ale twierdzi, że nasze polskie są najpiękniejsze.

Kiedy moja mama była całkiem małą dziewczynką, pod choinką nie było żadnych prezentów w Wigilię. Rozdawał je przecież Mikołaj 6 grudnia. Prezenty pod choinką pojawiły się w naszej rodzinie dopiero, gdy moja mama miała około 10 lat.

Po wieczerzy wigilijnej dorośli i starsze dzieci często szli do kościoła na Pasterkę, trzeba było tylko pamiętać, żeby ciepło się ubrać.

W pierwszy dzień świąt moja mama zawsze odwiedzała drugą kuzynkę, która częstowała ją przepyszną kutią, potrawą wigilijną z Kresów Wschodnich, której w naszej rodzinie nigdy niestety się nie robiło. Poza tym święta upływały na odwiedzinach u rodziny, rozmowach przy stole. Oczywiście, należało też iść do kościoła na mszę i obejrzeć szopkę. Jeśli była ładna pogoda, obowiązkowy był świąteczny spacer.

Zakończeniem okresu świątecznego była kolęda czyli wizyta księdza. Kolęda była wesoła. Po obowiązkowej modlitwie i odpytywaniu dzieci z pacierza, stary ksiądz proboszcz mówił do pradziadka „Panie Zaręba, zaśpiewajmy!”. I śpiewali razem radośnie, ale już nie kolędy. Zaczynali od: „Legionów”, potem było „Wojenko, wojenko”, „Hej, hej ułani”, „Jak to na wojence ładnie”. Właśnie w ten sposób od dziadka mama nauczyła się polskich pieśni patriotycznych i wojskowych, których wtedy nie śpiewało się w szkole.

Podczas kolędy na naszym stole zawsze stoi metalowy krzyż i dwa lichtarze. Tą cenną dla nas, rodzinną pamiątkę pradziadek z prababcią kupili jeszcze przed II Wojną Światową na Jasnej Górze w Częstochowie.

Czasem przypomina ona babci jej dzieciństwo i smutne wojenne święta. Wtedy na Wigilię Bożego Narodzenia nie było nawet ryby, a tylko grzybowa, fasolowa i ziemniaki z kapustą.  Na każdym kroku ryzykowało się życiem, czy to zbierając grzyby, czy też wycinając w lesie drzewko. O świątecznych prezentach nie było mowy, tylko raz udało się prababci zdobyć dla dzieci cukierki. Tłumaczyła dzieciom, że jest wojna i dlatego Mikołaj nie mógł do nich przyjechać. Moja babcia i jej bracia pocieszali się wzajemnie wkładając przed 6 grudnia rodzeństwu pod poduszkę kawałki buraków cukrowych zawiniętych w sreberka. A metalowy krzyż używany podczas kolędy był jednocześnie skrytką, w której przechowywana była przysięga oddziału siewierskich żołnierzy Armii Krajowej, której pradziadek był dowódcą.

Wiele się zmieniło od czasów dzieciństwa mojej mamy. Dawne wnuki (z wyjątkiem mojej mamy) są już dziadkami i babciami. Ale chociaż Wigilię spędzają już ze swoimi rodzinami, to wszyscy kontynuują świąteczne tradycje. Podniosły nastrój wigilijnego wieczoru, rodzinna miłość, tradycyjne potrawy, siano pod obrusem, szczere życzenia przy opłatku i śpiewanie kolęd przy choince, pozostają niezmienne od pokoleń. Bez tych wartości nie ma wszak polskiego Bożego Narodzenia.

Cieszmy się wszyscy, bo

Dziecię nam się narodziło,  Syn został nam dany …

Wielkie będzie jego panowanie w pokoju bez granic” ( Iz. 9. 5-6 )

 

 

Takie to stare dzieje upamiętniła nam Monika. Myślę, ze wielu z nas z rozrzewnieniem wspomina lata dzieciństwa.

Dodam jeszcze, że jakiś czas temu opublikowałam wspomnienia dziadka na podstawie jego pamiętnika. Natomiast Justyna podzieliła się już wcześniej swoimi wrażeniami z wycieczki rowerowej oraz wizyty w leśniczówce Pranie.

 

 

 

5 2 votes
Article Rating
Podziel się z innymiShare on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter
Email this to someone
email
Tags:

Related Article

Subscribe
Powiadom o
guest
8 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
PiotrW
PiotrW
10 miesięcy temu

Wspaniały pomysł na artykuł i bardzo dobrze napisany, aż się człowiek w czasie przenosi 🙂 gratulacje

Urszula
10 miesięcy temu

Piękne tradycje i wspomnienia! Wspaniale opisana rodzinna historia. Gratuluję młodej pisarce. Pozdrawiam Waszą rodzinę życząc jej wszystkiego najlepszego:)))

Jula
10 miesięcy temu

Wzruszyłam się. Piękny tekst. Kultywujcie dalej Wasze rodzinne tradycje i przekazujcie je z pokolenia na pokolenie. Tradycje to jedna z piękniejszych pamiątek po dawnych czasach.

Justyna
Justyna
10 miesięcy temu

Bardzo dziękuję za miłe słowa . Ponoć Internet pamięta wszystko, a ja chciałabym , aby zachowało się trochę wspomnień z historii naszej ( mojej i Marioli) rodziny. Z dziewięciu osób zasiadających do wigilijnego stołu w czasach mojego dzieciństwa żyje już tylko pięć.

We use cookies to ensure that we give you the best experience on our website.

8
0
Would love your thoughts, please comment.x
()
x