Hongkong i Filipiny – na tę podróż przeznaczyłam 2 tygodnie. Tylko tyle, bo takim urlopem dysponowałam. Dlaczego zdecydowałam się na taki kierunek? To interesujące połączenie dwóch światów: nowoczesny, tętniący życiem Hongkong i spokojne filipińskie plaże.
Spis treści:
Informacja ogólne
Bilet powrotny na trasie Warszawa – Wiedeń – Hongkong kupiłam w dobrej cenie – ok. 1860 zł za osobę. Później zdecydowałam się na dopłatę za rezerwację konkretnych miejsc na trasie Wiedeń – Hongkong. W tym modelu samolotu na samym końcu, przy oknach, znajduje się kilka rzędów z tylko dwoma fotelami. Przy tak długim locie to ogromny komfort – nikt obcy się do nas nie dosiadał i mieliśmy więcej prywatności.
Loty realizowaliśmy liniami Austrian Airlines. Z Warszawy wystartowaliśmy o 10:30, a w Wiedniu mieliśmy zaledwie godzinę i 50 minut na przesiadkę. Mimo lekkiego opóźnienia przy starcie do Hongkongu, wszystko przebiegło sprawnie.

Na bilecie widniało, że czas lotu Wiedeń – Hongkong ma wynosić 12 godzin i 35 minut, a my wylądowaliśmy po niepełnych jedenastu! Czy pilot aż tak się rozpędził?
Zanim jednak dotknęliśmy ziemi, samolot przez dłuższą chwilę krążył nad lotniskiem. Niestety, chmury i mgła wygrały – widoki na miasto były skutecznie zasłonięte.

Hongkong – lotnisko
Lotnisko w Hongkongu jest jednym z największych na świecie, co może przytłaczać. Po wyjściu z samolotu ruszyliśmy za tłumem do… bezobsługowego pociągu.

Poczułam lekki niepokój – a co z naszym bagażem? Pan w mundurze uspokoił mnie: po walizki trzeba podjechać dwa przystanki tą właśnie kolejką. Jeździ ona co 3 minuty, nie ma motorniczego i jest w pełni zautomatyzowana. Rzeczywiście, po wyjściu z wagonika trafiliśmy prosto na taśmy z bagażami.

Tę noc spędziliśmy w Regal Airport Hotel Hongkong. Wybraliśmy go ze względu na wygodę – następnego dnia o 8:30 mieliśmy już lot na Filipiny. Choć hotel jest drogi, oszczędził nam tułaczki z bagażami po mieście.

Teraz jest 9:00 rano i “dreptamy” w stronę hotelowego lobby. Z korytarza widziałam niekończące się sznury taksówek. Co ciekawe, mają one różne kolory: czerwone: mogą poruszać się wszędzie, zielone i niebieskie obsługują konkretne strefy.

Sam hotel oszołomił nas wielkością. Kilkupoziomowe lobby z restauracjami i sklepami przypominało raczej małe miasto niż budynek hotelowy. Właściwie to nie wiedziałam czy to już hotel czy… sama nie wiem co.


Mimo że byliśmy na miejscu rano, nasze organizmy wołały, że jest środek nocy (7 godzin różnicy czasu). Pokój miał być gotowy dopiero o 11:00, więc padło na kawę w hotelowym barze.
Ceny? Zawrotne! W menu kawa za 98 HKD (ok. 46 zł). Na szczęście znaleźliśmy tańszą opcję za 27 zł. Tak dotrwaliśmy do odbioru kluczy i zbawiennej drzemki.
Po południu wróciliśmy na lotnisko w poszukiwaniu obiadu. Wybraliśmy obleganą restaurację z przyzwoitymi cenami. Zamówiliśmy dania z makaronem, do których podano nam chińską łyżkę i… pałeczki. Poprosiłam kelnerkę o widelec, ale zniknęła w tłumie i już nie wróciła. Zostałam z pałeczkami. Nie mając pojęcia, jak trzymać je prawidłowo w jednej dłoni, chwyciłam po jednej do każdej ręki. W ten sposób pokonałam wyślizgujący się makaron!
Koszt obiadu dla dwóch osób: 153 HKD (ok. 72 zł).

Karta “Octopus” – klucz do Hongkongu
Zanim ruszyliśmy dalej, kupuję karty Octopus, przydadzą się po powrocie z Filipin. Tutejsza „Ośmiorniczka” to karta płatnicza, która jest pomocna, by sprawnie poruszać się po mieście.
Punkt sprzedaży znalazłam bez trudu w pobliżu stacji pociągu Airport Express, który dowozi pasażerów do centrum.
Jak to działa?
- Kaucja: Za każdą kartę płaci się 50 HKD (kwota ta jest zwracana, gdy oddajemy kartę przed wylotem).
- Doładowanie: Od razu zasiliłam nasze karty gotówką. Można to zrobić w automatach lub w popularnych sklepach sieci 7-Eleven.
- Wygoda: Zamiast szukać drobnych na jednorazowe bilety, po prostu przykładasz kartę do czytnika.
Gdzie przykładać kartę? W metrze i autobusach odbijamy ją przy wejściu, a w tramwajach i metrze – również przy wyjściu. Co ważne, na wyświetlaczu czytnika od razu widzisz cenę przejazdu oraz to, ile pieniędzy zostało jeszcze na karcie.
Podobno Kartę Octopus akceptują też niektóre restauracje i sklepy spożywcze.
Po załatwieniu formalności długa podróż i zmiana czasu znów dały o sobie znać. Wracamy do hotelu, by zebrać siły na kolejny dzień.

Przelot na Filipiny
Następnego dnia rano formalności na lotnisku poszły błyskawicznie. Nasz plan: lot liniami Cebu Pacific na wyspę Bohol z przesiadką w Manili.
Choć oba loty mieliśmy na jednym bilecie, czekała nas pewna niedogodność – w Manili musieliśmy odebrać walizki i nadać je ponownie na kolejny rejs. To trochę kłopotliwe, ale trudno, taka jest procedura.

Wystartowaliśmy z Hongkongu z niewielkim, 15-minutowym opóźnieniem. Przez większość trasy za oknem widziałam tylko chmury, ale to nie widoki były największym zaskoczeniem, lecz… temperatura.
W samolocie do Manili było okropnie zimno. Mimo że okryłam się polarem i owinęłam szalikiem, czułam, że zamieniam się w sopel lodu. Klimatyzacja działała na pełnych obrotach.

Na lotnisku w Manili ponowne nadanie bagażu poszło nam sprawniej, niż się spodziewałam. Czekając na wejście do drugiego samolotu, z zaciekawieniem obserwowaliśmy lokalnych podróżnych.
Przyzwyczajeni do sztywnych norm bagażowych w Europie, patrzyliśmy na Filipińczyków wchodzących na pokład z wielkimi torbami na zakupy i najróżniejszymi tobołkami. Z rzadka z walizkami.

Start samolotu w Manili opóźnił się o godzinę. Na szczęście w drugim samolocie było już nieco cieplej. Tuż przed celem chmury w końcu się rozstąpiły, dając nam piękne widoki na okruchy ziemi rozrzucone na oceanie.

Powrót z Filipin do Hongkongu
Po tygodniowym pobycie na wyspie Panglao na Filipinach, wracamy do Hongkongu, gdzie spędzimy kolejny tydzień. Będziemy zwiedzać miasto, a na jednodniową wycieczkę wybierzemy się do Makau.
Na Panglao nie ma lotniska, jest na położonej obok Bohol. Obie wyspy łączy most.
Wchodząc do terminala małego lotniska na wyspie Bohol, przywitało nas… pianie koguta. Okazało się, że ktoś nadaje na bagaż nietypowych „zawodników” – popularne w tej części Azji walki kogutów. Każdy kogut miał swój własny karton z dziurkami i rysunkiem koguta – naliczyłam ich osiem sztuk.

Przy nadawaniu naszych walizek okazało się, że bagaż mogliśmy odebrać dopiero w Hongkongu. To ciekawe, bo lecąc tą samą trasą w drugą stronę i tymi samymi liniami musieliśmy sami odbierać i nadawać walizki ponownie. Ktoś wie, skąd taka różnica w procedurach?
Czas oczekiwania na odlot umilił nam występ zespołu muzycznego złożonego z czterech niewidomych osób. Wystartowaliśmy punktualnie i po godzinie lądowaliśmy w Manili.



Mieliśmy 4 godziny do następnego lotu. Najpierw idziemy coś zjeść – za obiad zapłaciliśmy ok. 35 zł, za kawę 8 zł.

Choć numer bramki mieliśmy na bilecie, w hali odlotów panował lekki chaos – nie było ani jednej tablicy z rozkładem odlotów. Zamiast tego co chwilę nadawano niewyraźne komunikaty przez głośniki. Uznaliśmy, że nasłuchiwanie nie ma sensu i po prostu usiedliśmy blisko naszej bramki. Było duszno i gorąco – brak klimatyzacji nadrabiały jedynie wiatraki, które dawały znikomą ochłodę.
Wystartowaliśmy z godzinnym opóźnieniem. Gdy dotknęliśmy ziemi w Hongkongu, było już ciemno i… zimno. Po tropikalnych upałach, przeniesienie się w klimat, gdzie o tej porze temperatury w dzień oscylują tu w granicach 18–21°C to prawie mały szok termiczny.
Szybko odnalazłam właściwy przystanek autobusowy i korzystając z zakupionej wcześniej karty Octopus dojechaliśmy niemal pod same drzwi hotelu. To był długi dzień. A od jutra zwiedzanie Hongkongu.
Gdzie dalej?
Wybierz się ze mną na filipińskie wyspy: Panglao i Bohol. Przejdź się widowiskowym Szlakiem Smoczego Grzbietu w Hongkongu. Zajrzyj do Chiang Mai, najprzyjemniejszego miasta w północnej Tajlandii. A jeśli wolisz bliższe podróże i europejskie zabytki, wybierz się do słonecznych Włoch.
Inne miejsca które odwiedziłam zobacz na mapie.
.
